Posts in Category: Szpeja

„Ruski” zabytek bez przysłony vs. stabilizowany górnopółkowiec

Ta modelka i sceneria już kiedyś pojawiły się w Aberracjach, co więcej - nawet w tym samym obiektywie, jeśli chodzi o "ruski" zabytek. Tym razem jednak w porównaniu z nowożytnym szkłem z górnej półki, z wszelkimi udogodnieniami na miarę czasów - autofocusem, niskodyspersyjnymi soczewkami z powłokami antyrefleksyjnymi, stabilizacją, uszczelnieniem i czym tam jeszcze inżynierowie zabłysnęli.

Celowo nie piszę, które zdjęcie z jakiego obiektywu, chodź osoby zajmujące się fotografią powinni dość szybko rozwiązać ten rebus. Natomiast która fotografia jest przyjemniejsza dla oka, to już pozostawiam do oceny wszystkich odwiedzających stronę. Sam jestem ciekaw, które bardziej się podoba.

Różnica w wartości - no cóż, olbrzymia. Natomiast nie można tak do końca tylko na podstawie jednego zdjęcia portretowego jednoznacznie stwierdzić, że podobne poniekąd zdjęcia dyskwalifikują wydawanie tysięcy na obiektyw. Wszystko zależy od tego, gdzie będą wykorzystywane i w jaki sposób. Nie wyobrażam sobie robić relacji fotoreporterskiej za pomocą szkła bez przysłony o jasności 1.5, z manualną obręczą ostrości o zakresie 360° 😀

StartB i wynalazek

Może widzieliście kiedyś grafiki z naświetlonym filmem fotograficznym, łącznie z perforacją -> tak jak na zdjęciu powyżej? Popularny motyw na plakatach 'art & 'dizajn... No dobra, ale jak to zrobić, skoro perforacja jest właśnie po to, aby film przesuwać w aparacie?

Wystarczy założyć go do do aparatu średnioformatowego, który ma więcej miejsca na szerszą błonę. Tylko jak utrzymać kasetkę z filmem na miejscu? Kiedyś z pomocą przychodzili ślusarze i stolarze, a obecnie można skorzystać z dobrodziejstw postępu i wydrukować sobie adapterki na drukarce 3D. Trzeba jeszcze mieć aparat z ręcznym przesuwem filmu, ale to nie problem - większość starszych średnioformatowców właśnie tak działa. 

Po przycięciu perforacji zaś, wychodzą eleganckie panoramy:

Mały slideshow z przygotowaniem. Czerwony znacznik na kółku do przesuwu filmu, aby widzieć ile obrócić. Przyjąłem 1 i 3/4 obrotu, co okazało się nieco za dużo - spore przerwy między klatkami. Wystarczyłoby 'półtora i mniej. Na ostatnim slajdzie kartonik pod obudową - średnioformatowce mają okienko z podglądem na ustawienie klatki, natomiast filmy 35mm nie mają zabezpieczenia papierowego przed naświetleniem i trzeba jakoś to obejść. Kawałek kartonu załatwił sprawę.

Wybór aparatu StartB okazał się średni - ze względu na pionowy przesów filmu, kadrowanie w poziomie wyglądało mniej więcej tak:

W pionie jednak bez problemów 😀

Globica w kolorze

Wreszcie udało mi się zrobić wielkoformatowe zdjęcie w kolorze. Negatywy Kodak Portra 160NC od dłuższego czasu leżały w lodówce, ale problemy techniczne nie pozwalały na zapakowanie do kaset. Okazało się, że wszystkie wkładki i redukcje jakie mam są formatu 10x15cm, a film to 4x5", czyli zabrakło pół milimetra. Ale wpadłem na pomysł, że po prostu przykleić delikatnie szytkę do drewnianej redukcji z kasety Globiki. Trochę po omacku, ale jest. Działa. 

Dalej już tylko trudniej 🙂 Najpierw trochę popsułem naświetlenie, miałem miech wysunięty wg parametrów wcześniej robionego zdjęcia na negatywie ORWO. Mniej więcej, bo tu wszystko robione "na oko", migawka jest wyzwalana ręcznie bez ustawiania czasu, więc czas jej otwarcia mierzę uchem. Czas naświetlania trzeba zgrać z odpowiednim wysunięciem miecha aparatu - zakres od kilku do kilkudziesięciu centymetrów, a standard zależy od użytego obiektywu. Do tego dochodzą jeszcze zastosowane pochyły i przesunięcia, ogólnie sporo zmiennych. Negatywy przeterminowane w 2005 roku miały czułość ISO160, chciałem naświetlać na ok 100. Wyszło im pewnie z 50.

Kolejna rzecz, to wywołanie. Negatywy musiały zostać w kasecie do momentu, aż znajdą się w ciemni. Przez kawałki dwustronnej taśmy nie chciałem ich przekładać po ciemku do pudełka, żeby się nie skleiły. Niestety nie dysponuję wkładką umożliwiającą wywołanie w koreksie (kosztuje niemal 300zł, kawałek plastiku :/ ) więc pozostało wołanie w kuwetach. Jest o tyle problematyczne, że: jest ciemno w całym procesie wywoływania, negatywy łatwo porysować, gdyż emulsja podczas kąpieli jest bardzo delikatna, no i jeszcze nie miałem gumowych rękawiczek, więc na żywca paluchami po wywoływaczu i utrwalaczu. A dodam jeszcze, że chemia swoją 6-tygodniową trwałość straciła jakieś 4 miesiące temu 🙂 Ale nadal stoi w butelkach, więc czemu nie spróbować. Jak widać, okłamują nas. Negatywy wywoływałem nieco dłużej, ok 4:30. Reasumując lekko prześwietliłem, ale nie na tyle, aby nie dało się go uratować.

Kolejny problem, to skanowanie. Nie mam wielkoformatowego skanera, muszę sobie radzić średnioformatowym. Jedyna sensowna opcja to dwukrotnie zeskanowany negatyw i złożenie części w PS. Tutaj dochodzi kolejna przeszkoda, ponieważ korzystam z epsonowskiego oprogramowania, a to nie najlepszy produkt, nie ma chociażby możliwości "czystego" skanu w gamma 1.0. Tak więc nawet po wyłączeniu korekty kolorystycznej, na dwóch połówkach negatywu zawsze będzie jakaś różnica. Zwykle jednak da się ją wyprostować, w końcu od 20 lat zajmuję się grafiką 🙂

Tak jak się spodziewałem, czyste skany lekko prześwietlenie i o małym kontraście. Na szczęście zrównanie poziomów wykazało, że nie ma prześwietleń poza skalę, a kontrast po korekcji wcale nie był taki zły. Połączenie dwóch obrazów z delikatną korektą jasności i poziomu składowej zielonej i to wszystko.

Sporo pracy, jak na jedno zdjęcie. Ale warto, uwierzcie mi. Nie tylko sama satysfakcja z tak otrzymanego obrazu, ale sami widzicie na zdjęciu tytułowym - zupełnie inna jakość niż foty cyfrowe.

Na koniec jeszcze schemat oświetlenia, o które pytało kilka osób z FB. Główne światło to (1) DIY ringlight z dwunastoma żarówkami o łącznej mocy ok 2kW; do tego szeroki strumień z (2) reflektora 1kW z prawej strony modelki, ustawiony lekko z tyłu mniej więcej na wysokości czubka głowy; (3) reflektor 1kW spotlight pod sufitem do podświetlenia włosów z lewej strony (tutaj trochę bardziej z tyłu); oraz jeszcze (4) reflektor 1kW szerszy strumień zwężony wrotami na białe tło.

Modelka: Sylwia
MUA: Izabela
Skill levelował: Bynio

Cross processing

Od początku roku czuję się jak w młotkowni - miałem nadzieję że rozruch w Nowym Roku będzie spokojny, a okazało się że wszyscy nabrali sił przez przerwę świąteczną i rzucili się na mnie ze zdwojoną siłą 🙂 Mimo to gospodaruję sobie czas na zdjęcia i eksperymenty, ale niestety czasem brakuje go na publikację. Z okazji spuchnięcia głowy od myślenia w HTML5, krótki odpoczynek - niniejszy post. Zaczynam od końca, bo to ostatnia rzecz jaką robiłem. Dostałem kiedyś bardzo stare slajdy Kodak Ektachrome 400EL na kliszy 120. Bardzo rzadki i już zabytkowy materiał, wywoływany procesie E6. Niestety wywoływanie slajdów jest dość drogie, ale można "skrosować" proces, wywołując slajdy w chemii do negatywów C41 (oraz odwrotnie). Mając do dyspozycji rozrobioną chemię Tetenala, już nieco po terminie - nadarzyła się świetna okazja. Aberracyjne studio odwiedziła profesjonalna modelka, szkoda było nie spróbować. No i wszystkie klatki poprawnie naświetlone! Klisza na wysokiej czułości zwykle dostaje dużego ziarna, do tego w "krosowaniu" jeszcze się ono powiększa no i zawsze wychodzi dominanta jakiegoś koloru. Mi wyszła żółta, którą ogarnąłem już w postprodukcji. Jak na pierwszy raz i materiał niewiadomego pochodzenia, efekty są wręcz  rewelacyjne. Nie mogę się doczekać odpalenia kolejnej, ale tym razem w plenerze. Ciekawostka - ze względu na kolorowe ziarno, surowy plik zeskanowany w JPG 4800DPI ma blisko 150MB. Poniżej surówka ze skanu w automacie oprócz pierwszego (obraz odwrócony) Zdjęć Agaty oczywiście dużo więcej w cyfrze, ale te będę dozował po jednym 🙂 MODEL: Agata Claudia Pałka MUA: Izabela Jurczak STUFF: Mamiya RB67, 127mm K/L mix

Kiev 88 – sowiecki Hasselblad

Fotografia analogowa staję się modna... Niestety. Widać to po szalejących w internetach cenach starego sprzętu. Puszki i słoiki, które kilka lat temu można było kupić za równowartość dobrego obiadu w restauracji, osiągają tak absurdalne ceny, że śmiać się chce. Nie inaczej jest z bohaterem dzisiejszego wpisu. Kwoty za jaki wystawiany jest na aukcjach czasem przekraczają 2tyś złotych - no cóż, powodzenia w sprzedaży. Oczywiście, można znaleźć dużo taniej, szczególnie modele nie sprawdzone, "ze strychu" itp. Parę miesięcy temu udało mi się znaleźć dwa ciekawe zestawy, wybrakowane, ale udało złożyć się jeden cały kompletny, do tego drugi również działający. Do tego torba, filtry i wężyk spustowy - za bardzo niewiele złotówek, ale obarczonych ryzykiem... Kto szuka, ten znajdzie. _31A0078 Aparat to sowiecka podróbka Hasselblada, szweckiego arcydzieła uznawanego za jeden z najlepszych aparatów średnioformatowych w historii fotografii. Kiedy wyszedł na rynek, kosztował równowartość pięciu pensji robotnika i kierowany był do profesjonalistów. Oczywiście jak to z ruskimi podróbkami bywa, różnie bywa z jakością. Opinię mają raczej awaryjnych ze względu na skomplikowaną budowę, szkła zostały przeniesione z innych podróbek tych mocowanych w Kievach 60 na bazie Pentacona... Niestety tym raczej daleko do zakładanych w Hasselach. Metalowa migawka (!) bardzo podatna na uszczerbek na zdrowiu, problemy z czasami, kasety z działającym licznikiem klatek to rzadkość... _31A0066 Niemniej jednak osobiście uważam że to i tak całkiem niezła konstrukcja. Bardzo zwarta, kompaktowa budowa cieszy oko, jeśli lubimy celować na matówce, a jak założymy gigantyczny światłomierz TTL, całość robi wrażenie ruskiego czołgu. Intuicyjna i idiotoodporna modułowa konstrukcja z zabezpieczeniem podwójnych klatek, podglądem numeru przez wizjer w kasecie, jednym pokrętłem naciągu klatki i migawki. Jeśli trafi się na model z działającymi czasami i domykającą migawką, potrafi przynieść sporo radochy w kwadratowym formacie. Jest tylko jedno ale, niestety ma własne mocowanie obiektywu, co wyklucza zakładanie obiektywów Carla Zeissa. Szkoda. Co prawda niby istnieją przejściówki, ale nigdzie takich nie znalazłem. A zdjęcia? Robi, na razie na ORWO NP20 przeterminowanym w 1991 roku. Studyjne portretówki z grubym ziarnem, zadymieniem i skromnym rozstrzałem poziomów - ale w aberracjach to bardziej zaleta, niż wada 🙂 Te znajdziecie w kolejnych wpisach. _31A0071 Jeden na sprzedaż, body z obiektywem i kasetą, bez matówki, kominka i pryzmatu -> ktoś zainteresowany? Działa i robi zdjęcia 🙂

Dziś sprzętowo

Całe wieki temu był jakiś wpis na temat sprzętu. Bynajmniej nie dlatego, że nic się nie dzieje w temacie - wręcz przeciwnie, dzieje się tyle, że nie ma kiedy pisać... Dzisiaj jednak zdecydowanie mniej aberracyjnie, bo cyfrowo górnopółkowo. Tak się złożyło, że do aberracyjnego studio trafiło na weekend nieco zasobów, a w szczególności jeden - Canon 5D SR. Jest to najmłodszy produkt Canona w tej linii, taki 5D na sterydach. A koksy musiały być całkiem niezłe, bo rozdzielczość urosła dwukrotnie, a w wersji "R" odpadł filtr AA. Śmiem napisać, że ten sprzęt pretenduje już do półki profesjonalnej. Niektórzy powiedzą "co? dopiero ten? a 'zwykły' 5D nie jest profesjonalny?" W mojej opinii nie, profesjonalny sprzęt zaczyna się od średniego formatu. Pełnoklatkowe Canony, Nikony i inne to co najwyżej dobry sprzęt UŻYWANY przez profesjonalistów. Możecie się z tym zgadzać lub nie - oczywiście zdaję sobie sprawę, że wydając ze 20k na sprzęt każdy chce się za takiego uważać - ale to nie sprzęt kreuje fotografa. Ewentualnie może w tym pomóc. Co takiego jest więc w 5D SR, że robi się tak ciekawie? Od pierwszego zdjęcia od razu nasunęły mi się trzy istotne cechy. 1. Rozdzielczość. W 95% przypadkach (albo większej nawet) jest to parametr niemal nieprzydatny. Ale czasem robię zdjęcia, które MUSZĄ mieć maksymalnie wielki rozmiar i to taki z dziesiątkami tysięcy pikseli, a nie tylko tysiącami. Tu przy matrycy 50,6Mpx jest ich blisko 9 tysięcy na boku. Wykonuję czasem panoramy, których specyfikacja przewiduje wydruk np w 150DPI przy 600cm długości, z wielkością piksela aby z kilkunastu centymetrów widać było szczegóły jak na zdjęciu z pocztówki. Nie ma problemu, jeśli są to zdjęcia statyczne - robiłem panoramę o boku 180tyś pikseli. Gorzej jak trzeba uwiecznić ruch. No i ten model przychodzi z pomocą. Uwierzcie, różnica w trzykrotnym powiększeniu obrazu o boku 9tyś a 6tyś jest kolosalna. 2. Brak filtra AA Co to w ogóle jest? Matryca aparatu cyfrowego pokryta jest wieloma filtrami, aby mogła zrobić jakiekolwiek zdjęcia, widzialne potem na wyświetlaczu lub monitorze. Jednym z nich jest właśnie filtr odpowiadający za antyaliasing, czyli rozmywanie obrazu powyżej pewnych częstotliwości (częstotliwość Nyquista). Na pewno czasem rzucił Wam się w oczy efekt "mory", czyli tworzenie regularnych łukowych kształtów na drobnych wzorach. No i tu jest sedno sprawy, czyli specjalizacja aparatu - trzeba dokładnie wiedzieć, gdzie można, a gdzie nie można zastosować aparat wart 17tyś złotych, a nie da się go użyć wszędzie. Za to wiedząc co się dzieje z obrazem w głębi ujęcia, można wyciągnąć z niego prawdziwy maks możliwości. 3. Kolory Szczerze mówiąc nie znalazłem nigdzie żadnych informacji na ten temat, ale porównując ujęcia z wersji 5D SR do "zwykłej" 5D i jeszcze 6D, kolory jakie otrzymujemy w pliku RAW są ZDECYDOWANIE bardziej odpowiadające rzeczywistości - tak, jakby już użyto jakiś program tematyczny w stylu "zrób_zdjęcie_tak_jak_widzisz_okiem". RAWY z tych trzech aparatów naprawdę różnią się między sobą. Oczywiście kolorystykę zawsze można dopasować, szczególnie jak ma się doświadczenie w grafice. Ale jednak jakość obrazu z SR wygrywa na każdym etapie. No i pytanie - czy warto wydawać 6tyś więcej od 5D i 11tyś więcej niż 6D? Tym bardziej, że niebezpiecznie zbliżamy się do cen ścianek średniego formatu cyfrowego? Oczywiście jak zawsze wszystko zależy od potrzeb i zasobności portfela. W "średnich" raczej nie znajdziemy ISO liczonych w dziesiątkach tysięcy, kilku klatek na sekundę, kompaktowości i dziesiątków obiektywów. Oczywiście na małoobrazkowych Canonach nie znajdziemy takiej rozpiętości tonalnej, głębi i wszystkiego tego, czym zachwyca MF. Jednak powiem tak: jeśli miałbym wybrać jeden, uniwersalny aparat, to nie żałowałbym ani jednej złotówki wydanej na Canon 5D SR. Z niecierpliwością czekam na MK IV, będzie rewolucja?

Wielki Format

No i stało się. Powiadają że każdy, kto fotografuje średnim formatem, prędzej czy później przejdzie oczko wyżej. Powiadają też, że Wielki Format (z angielskiego zwany w skrócie LF) jest "elitarny" - cokolwiek to znaczy. Pewnie mają rację... Ale najpierw kilka zdań wyjaśnienia dla osób nie związanych z tematem fotografii, o co chodzi. _MG_3777 W obecnych czasach za zaawansowaną fotografię wiele osób uznaje cyfrową lustrzankę jednej z popularnych marek. Zdecydowana większość nie rozróżnia cropa od pełnej klatki, jedyna istotna różnica to cena i ilość Mpix... Widzicie, najbardziej zaawansowane lustrzanki ogólnodostępne za grube tysiące, mają rozmiar matrycy wielkości popularnych klisz fotograficznych 35mm, z których możemy uzyskać obraz o wielokrotnie większej rozdzielczości niż cyfrowa matryca aparatu. Tańsze lustrzanki (te od 6 do 1,5 tyś) to tzw cropy, czyli o matrycy pomniejszonej ok. 1,5-1,6X i wiekszym zagęszczeniu pikseli. Profesjonaliści używają aparatów cyfrowych średnioformatowych, których nazwy nic nie mówią przeciętnemu klientowi Saturna czy MediaMarkt. Ceny takich aparatów oscylują w okolicach stu-stupięćdziesięciu tysięcy złotych w zestawie z obiektywem. A to tylko odpowiednik najmniejszego średniego formatu na kliszy, zwanego 645 - czyli 6x4,5cm. Klasyczny średni format jakiego używam przy portretowych sesjach na kliszy to od 6x6 do 6x9cm - rozdzielczości skanu sięgają kilkunastu tysięcy pikseli na boku, więcej niż najlepszy cyfrowy format. _MG_3780 Wyobraźcie sobie teraz negatyw, który ma wielkość 13x18 CENTYMETRÓW. Jakość każdego punktu negatywu jest taka sama jak ta z najmniejszego obrazu w negatywie, czyli 35x24mm. Skanując taki obraz, osiągamy rozdzielczość dziesiątków tysięcy pikseli. Właśnie w tej wielkości "analogowej matrycy" w posiadanie wszedłem. Co prawda najpopularniejszym formatem "wielkim" jest najmniejszy 4x5 cala, ale żeby kupić taki sprzęt trzeba wydać grube tysiące - a to już przekracza na dzień dzisiejszy moje możliwości. Paradoksalnie większy format, wspomniany 13x18cm, można dostać znacznie taniej, albo nawet za pół darmo. Dlaczego? Ze względu na rozmiar sprzętu i dostępność materiałów. To już nie przelewki, trzeba mieć miejsce i moc w bicepsie 🙂 Jednak rzuciłem się na głęboką wodę i wszedłem w posiadanie aparatu z terenu byłej radzieckiej strefy okupacyjnej z czasów zimnej wojny, czyli Wschodnich Niemiec, sygnowanych oznaczeniem D.D.R. Globica 13x18 - drewniany aparat malowany farbą młotkową, żeby wyglądał jak odlany z żeliwa.. Poza starszym bratem w rozmiarze 18x24 w kolorze drewna, chyba nie ma seryjnie produkowanej większej konstrukcji niż ta właśnie. _MG_3782 Gigantyczny sprzężony statyw na wózku, możliwości wszelkich pochyłów miecha, całego jak i jego części, blokady poszczególnych elementów, regulacje wózka, części z obiektywem i matówką przyprawia o zawrót głowy. Niesamowita migawka przypominająca powiekę oka no i klimat konieczności przykrywania się czarną płachtą w celu wychwycenia kontrastu obrazu rysującego się na matówce... _MG_3784 Wspomniana wcześniej elitarność może wynikać z niezbędnej wiedzy, aby taki sprzęt obsłużyć. Nie chodzi tu już o same nastawy miecha, ale o pomiar światła przy fotografowanym obiekcie... O ile przy średnim formacie pomyłka nawet o 1EV przy wielu materiałach światłoczułych da się uratować, to przy takim rozmiarze negatywu już przy 0.3 EV negatyw wyrzucamy do kosza. A nie ma tu nastawu czasów, pomiaru światła czy klasycznej ogniskowej. Wszystko ustawia się ręcznie wysuwem miecha, przy czym trzeba mierzyć odległość obiektywu od błony światłoczułej i przeliczać korekty światła. Zdjęcie wykonuje się ściągając kapsel z obiektu albo otwierając migawkę. Liczymy w sekundach, a nie jej tysięcznych. No i samego materiału nie wrzucimy do koreksu w celu wywołania, tylko wszystko w kuwetach i w ciemności... _MG_3779 Po co to wszystko? No cóż, satysfakcja z tak wykonanej fotografii jest nie do opisania słowami. Przynajmniej dla mnie. A jak wszedłem w posiadanie takiego sprzętu? Podczas jednej z wizyt w Warszawie z okazji wykonywania zdjęć panoramicznych poznałem fajnego człowieka, artystę przez duże A. Nie jakiegoś pojechanego pajaca malującego bohomazy penisem na podobraziach z Lidla, tylko człowieka który naprawdę czuje sztukę. Wykonuje niesamowite zdjęcia, maluje i rysuje. Miałem okazję odwiedzić go w pracowni, gdzie szczena mi opadła jak zobaczyłem Dursta 504 - największy powiększalnik jaki widziałem... Globica stała niepotrzebna, kupiona pod wpływem impulsu od człowieka ze Szwecji i ani razu nie miała okazji zrobić zdjęcia w Polsce. Stan idealny, jeszcze z tuningiem wyprowadzenia przewodu na błysk. W komplecie dwa obiektywy Zeissa, 300mm i 210mm ze światłem 4.5. Komplet płytek maskujących i dwie dwustronne kasety. Mało tego, jeszcze urządzenie do robienia stykówek - o ile można tak powiedzieć przy tym formacie - praktycznie do wykonywania gotowych odbitek. _MG_3781 Nie napiszę za ile dostałem całość, bo kwota jest tak śmieszna, że jeszcze jakiś analogowy kolega na mi w ryj. Na Allegro w tej cenie można dostać połowę popsutego obiektywu Zeissa. Nie miałem zamiaru już teraz ładować się w wielki format, ale darowanemu się nie zagląda... Teraz czekam na odpowiedni motyw do fotografowania 🙂 _MG_3775 Kaseta leżąca przy sprzęcie ma wymiar 13x18cm - tylko to czarne pole, będące blachą trzymającą negatyw. Daje to wyobrażenie rozmiarów zestawu.

Król Helios i Cyklopi

Powiało starożytną Grecją, chociaż mowa o sowieckiej Rosji. Co jak co, ale nasi sąsiedzi zza Buga w dziedzinie budowy (i kopiowania) obiektywów nie mieli sobie równych. Często kopie zachodnich rozwiązań byłe lepsze (!!!) od oryginałów, do tego znacznie tańsze. Najpopularniejsza jest marka obiektywów Helios, montowanych w równie tanich aparatach Zenit ze standardowym obiektywem Helios-44. W całości z metalu i szkła mimo niskiej ceny to świetny obiektyw nawet w obecnych czasach - z powodzeniem można podłączyć do cyfry. Poza tym podstawowym dokupić można było jeszcze kilka innych, w tym portretowy Helios-40 o ogniskowej 85mm i świetle 1.5.  Obecnie doczekał się reedycji, można kupić nojkę sztukę prosto z fabryki za, bagatela, 2500zł. Używki pierwszej wersji chodzą po ok 1500... twohelios40

Helios-40 w wersji 1 i 2

Co w nim takiego niesamowitego? Obiektyw jak na dzisiejsze czasy i dość wysoką cenę, ma dość kiepskie parametry optyczne. Rozmyte brzegi, wysoka aberracja chromatyczna, ostrość na maksymalnym otworze też pozostawia wiele do życzenia, no i jest manualny. Szczerze mówiąc, w tej cenie znajdziemy całą masę lepszych szkieł portretowych, a dokładając parę stówek mamy np Sigmę ART, która miażdży nawet kilkukrotnie droższe obiektywy. Ale jest jedno ALE. Za swirlowy bokeh rosyjskich obiektywów, a w szczególności Heliosa-40 nazywanego często królem bokehu, niektórzy są w stanie słono zapłacić. To, co '40 robi z tłem w odpowiednich warunkach powoduje opad szczęki, a zdjęcia wyglądają jak z bajek Disneya. Mimo to uważam, że wydawanie ponad dwóch tysięcy za obiektyw do użycia tak naprawdę tylko na pełnej dziurze w jednym zastosowaniu jest grubą przesadą. Na szczęście jest rozwiązanie, a wiedza to potęga pozwalająca zaoszczędzić sporo chajsu 🙂 Mało kto wie, że Helios-40 został zbudowany na bazie szkła stosowanego w celach militarnych. Oczywiście wszystko co wojskowe jest tajne, szczególnie w Rosji Radzieckiej. Początkowo optyka była stosowana w aparatach robiących zdjęcia przebiegów oscyloskopów, często o niskim natężeniu, stąd potrzeba dużej jasności obiektywu. Zbędna była tu przysłona, dlatego obiektyw składał się tylko z grypy szkieł w metalowej obudowie. Po jakimś czasie okazało się, że świetnie sprawdza się w noktowizorach. Skonstruowano też wersję 1.2, większą i cięższą, bardziej toporną przy ustawianiu ostrości. A jak już udało się zamontować w noktowizorze z ustawianiem ostrości, to zdecydowano się po kolejnych kilku latach dołożyć do słoika przysłonę (do wersji 1.5) i zamontować do aparatu. Tym bardziej było to proste, że montowanie w noktowizorze miało gwint M42. _IMG_9562

Noktowizor Cyklop 1.2

_IMG_3509

Cyklop 1.2 zamontowany przez pierścienie pośrednie w puszce Canona

_MG_8077

Noktowizor Cyklop 1.5

_MG_8071

Cyklop 1.5 zamontowany bezpośrednio w puszce Canona

I tak dochodzimy do sedna sprawy, czyli - zamiast wydawać 2,5k na obiektyw, który i tak będziemy używać na maksymalnych otworach przysłony, możemy poszukać noktowizora za ułamek wartości Heliosa. Oczywiście wszystko zależy gdzie znajdziemy - ceny wahają się od trzystu do dwóch tysięcy, za w pełni sprawny noktowizor. Wykręcamy szkło, wstawiamy adapter do naszej puszki i gotowe. Oba obiektywy (1.2 i 1.5) mają obracany pierścień mocowania statywowego, co jest dość istotne ze względu na sporą wagę. Ostrzenie (1.5) ma bardzo duży zakres, trzeba się nieźle nakręcić pomiędzy granicznymi ustawieniami. Oczywiście przy dziurze 1.5 głębia ostrości jest naprawdę wąska i trzeba uważać, aby trafić w punkt. Pomaga redukcja z dendalionem potwierdzającym ostrość, ale ta też nie zawsze powie o właściwym punkcie. Osobiście polegam na własnym oku i stosuję redukcję bez elektroniki. No i ta pancerna budowa. W razie co, może posłużyć jako broń. Ciekawostką jest kapsel na sznurku - metalowy, zakręcany 🙂 Nie ma opcji, żeby coś mu się stało. Można użyć jako granat ćwiczebny... _MG_7893

Cyklop 1.5, Canon 5D

_IMG_9545

Zdjęcie Cyklopem 1.2 z konwertrem x3

_MG_7817

Cyklop 1.5, Canon 5D

_MG_7931

Cyklop 1.5, Canon 5D

Oczywiście osiągnięcie takiego efektu wymaga odpowiednich warunków i wiedzy jak je zastosować, ale to nie jest żadna wiedza tajemna i każdy może się tego nauczyć. Jeśli jesteście zainteresowani zakupem uważajcie, aby nie trafić na wersję noktowizora z dziurą 1.2 -> ten ma dodatkowy element optyczny i zamocowanie do aparatu jest możliwe przez zastosowanie konwertera lub pierścieni makro - tylko wtedy mamy mniejsze pole manewru, no i osobiście uważam że rozmycie tła tego szkła to już mocno pojechany efekt specjalny. Lepiej znaleźć mniejszą i poręczniejszą wersję 1.5, bez dodatkowej optyki.  

Portra w małym obrazku

Po moich pierwszych zdjęciach profesjonalnym średnim formatem na profesjonalnej kliszy zastanawiałem się, czy odpowiednik na małym obrazku będzie miał szansę równać się ze starszym i większym bratem. Trochę trwało, zanim wszedłem w posiadanie godnego aparatu, ale wreszcie na półce stanął Canon EOS1. Przy okazji zamawiania filmów wziąłem więc też Kodaka Portrę 35mm i czekałem na sensowną okazję do zrobienia paru zdjęć w warunkach studyjnych. Nawinęła się siostra wpadając z wizytą z Norwegii, była więc małoobrazkowa sesja z makijażem, lampami, itd. Do tego cośtam na mieście i trochę majówki. Czasem trudno wypstrykać 36 zdjęć... W końcu wywołanie i... jest dobrze. Naprawdę zadowolony  z efektu, mimo błędu na sesji - zamiast mierzyć światło na ISO 160, według którego powinna być naświetlana klisza, to ustawiłem światłomierz na 100. Dlatego zdjęcia trochę przepalone, ale umówmy się że tak miało być 😉 Na szczęście negatywy wykazują spory margines błędu. Do zestawu podpiąłem nowożytne obiektywy, Sigmę 1.4 50mm w wersji ART i "L'kę" 24-105, dzięki systemowi EOS, o którym pisałem ostatnio. Co ciekawe, podczas skanowania okazało się, że przez ramki zdjęcia są mocno nieostre, dopiero jak negatywy poszły bezpośrednio na płytę, udało się uzyskać zadowalającą jakość obrazu. Oczywiście ze względu na zdecydowanie mniejszy element światłoczuły nie da się osiągnąć takiej szczegółowości jak na błonie 120, ale i tak rozmiar pliku przy 4800DPI to ok 4500x6750px. A to jeszcze nie ostatnia możliwa półka skanu, ale nie chce mi się długo czekać na wynik 🙂 Makijaż wykonała niezawodna Alicja Make Up. _KodakPortra_004 _KodakPortra_005 Dopiero pod koniec sesji zauważyłem błąd w nastawach i kolor skóry przybrał właściwy odcień, już bez przesadnych rozjaśnień: _KodakPortra_021 W plenerze bardzo charakterystyczne lekkie stłumienie kolorów, ale jednocześnie odcienie są przyjemne dla oka i tworzą spójną całość, bez dominacji żadnej barwy. Musiałem nieco zmienić charakterystykę krzywej czerwonej, ponieważ zbyt mocna dominanta magenty po skanowaniu. To jedyna korekta w PS, całkiem możliwe że to przez wczesną porę dnia, w którym robione były te zdjęcia. Tu nie ma AWB... _KodakPortra_024 _KodakPortra_025 Naprawdę czuć różnicę w stosunku do innych filmów, mam tu na myśli amatorskie tanie materiały. Skorzystam nie raz w plenerowych sesjach w kolorze 🙂

DIY: Tilt & Shift adapter, czyli „Tiltszifter”

Wreszcie jest! Po wielu godzinach wymyślania projektu, szukania najlepszych (najtańszych i najprostszych jednocześnie) rozwiązań, udało mi się skonstruować adapter Tlit/Shift. Co to takiego? Układ umożliwiający przesuwanie i pochylanie osi optycznej obiektywu, w celu wybrania innego niż centralnego punktu ostrości na tej samej płaszczyźnie. Brzmi skomplikowanie, ale chodzi o to - aby zrobić "tło" z obiektu, który znajduje się na tej samej płaszczyźnie co fotografowany cel. Oczywiście są takie rozwiązania gotowe, Można kupić obiektyw już za jakieś 3,5tyś zł w porywach do kilkunastu. Używa się ich przede wszystkim w fotografii architektury, aby "wyprostować" perspektywę budynków. Ale mi chodzi bardziej o efekty specjalne związane ze skutkiem ubocznym - rozmyciem tła. Samo rozwiązanie jest niemal tak stare jak sama fotografia, w wielkim formacie taka budowa aparatu to niemal standard, gdyż głównie używano ich do fotografii portretowej, gdzie ta technika świetnie się sprawdza. Potem chciano możliwe dokładnie odwzorowywać rzeczywistość i przytwierdzono obiektywy do korpusu aparatu. Obecnie są specjalne adaptery, które umożliwiają zamocowanie obiektywów średnio i wielkoformatowych w ten sposób do lustrzanek cyfrowych DSLR. Te tańsze - w okolicach 500-700zł umożliwiają tylko pochyły, albo tylko przesuwy w jednej płaszczyźnie i można zamocować zwykle obiektywy Zeissa od Pentacona Six. Te droższe produkują egzotyczne marki, kosztują kilka tysi, ale mają olbrzymie możliwości. Nie chcąc wydawać kilku tysi, ani kilkuset zł na połowiczne rozwiązania, trzeba sobie samemu zaprojektować i skonstruować. Są też podobne adaptery, często hand-made wykonywane przez fascynatów, ale żaden nie pasował mi ze względu na skomplikowane mocowanie, albo ograniczone możliwości. Piłka, szlifierka, imadło, jedziemy. tiltszifter Wymyślanie zajęło kilka tygodni (oczywiście nie bez przerwy, ale opracowanie najlepszej konstrukcji), sama praca jakieś dwie godziny. Pełen sukces i pochwalę się, że adapter w przeciwieństwie do podobnych, wygląda jak seryjna produkcja z fabryki i świetnie się sprawdza w użyciu. Adapter umożliwia pochyły i przesuwy w każdym kierunku, na boki, z pochyłami, przesuwami oraz przód-tył. Za to nie ma mocowania soczewek, w związku z czym nastawy są niepowtarzalne, trzeba bez przerwy operować szkłem, aby uzyskać zamierzony efekt. Są wady i zalety takiego rozwiązania. Olbrzymia swoboda i szybkość nastawu jest niewątpliwą zaletą, ale to że nie powtórzymy zdjęcia i mamy zajęte obydwie ręce - jest wadą. Coś za coś. Za to najlepszą rzeczą w tej konstrukcji jest możlwiość szybkiej zmiany obiektywu na dowolny z mocowaniem P-Six. Tak jak podłączanie do korpusu. Na razie tylko kilka fotek wykonanych w mieszkaniu, z dołączonym Biometarem 80mm z P-Six, nie mogę się doczekać użycia w plenerze. _MG_0249 _MG_0253 _MG_0263 _MG_0274 _MG_0284