Krwiopsujca Canon AE-1

Niedawno dzięki uprzejmości koleżanki wpadł mi w ręce aparat, na który od jakiegoś czasu poluję po giełdach i aukcjach. Niestety zwykle jest to albo złom, albo sprzedawany za absurdalną cenę… Ten natomiast wydawał się być w dobrym stanie, a do tego wyposażony w całkiem spory zestaw akcesoriów – dwa obiektywy, zestaw filtrów, konwerter i soczewki makro. Tyle, że naciąg nie działał.

Aparat pochodzi z lat ’70 i jest to pierwszy model Canona z automatyczną preselekcją czasu i pierwszy na świecie całkowicie kontrolowany przez mikroprocesor. Oczywiście jest też funkcja pracy w ustawieniach manualnych, wtedy można się wspomagać światłomierzem ze wskazówką przysłony ustawianą w zależności od wybranego czasu, którą widać w wizjerze. Jak każdy japoński sprzęt z tamtych lat, to szczyt solidności wykonania. Jakość czuć przy każdym elemencie, nie ma tutaj nawet najdrobniejszej niedoróbki. Nic dziwnego, że po 40 latach nadal działa i poza kilkoma ryskami nie widać tych lat… W zestawie są dwa obiektywy, standardowa ’50mm 1.8 i portretówka 135mm 2.8 firmowana przez Beck. Pierwsze słyszę, nie znalazłem też prawie żadnych informacji na temat takiej marki, tylko dwie sztuki na ebayu do sprzedania. Obydwa obiektywy mają mocowanie bagnetowe z pierścieniem, które uważam za dużo fajniejsze niż późniejsze bagnety z wkręcaniem obiektywu przez obrót.

Po poszperaniu w necie okazało się, że zablokowany naciąg spowodowany był wyładowaną baterią. Zaskakujące, bo wskazówka światłomierza nadal działała, ale najprawdopodobniej do wyzwolenia migawki już nie starczało zasilania. Tak zadziałała blokada kolejnej ekspozycji – bez zasilania nie naświetlimy kolejnej klatki. Oczywiście zdobycie sześciowoltowej baterii do tego sprzętu dostępne tylko na allegro, trzeba poczekać. Za to radość z bzyknięcia migawki po załadowaniu dużo większa 🙂

Na pierwszy ogień załadowałem przeterminowany kolorowy Kodak Gold 200 i testowałem w miarę możliwości wszystkie czasy, przesłonę, zarówno na ustawieniach manualnych jak i automatycznym wyborze czasu, obydwa obiektywy i jeszcze jeden zoom z „pompką”, który zalegał mi w kartonie, do tego czasem lampa błyskowa i konwerter. Po wywołaniu okazało się, że połowa kliszy była naświetlona, zapewne była wyciągnięta z kasetki i zwinięta. Niestety tam miały być najciekawsze zdjęcia. Z tego co zostało wywnioskowałem, że naświetlenia są prawidłowe, ale sporo do życzenia pozostawiała ostrość. Większość zdjęć robiłem jednak przy wietrze z mrozem, oko łzawiło i to też mogła być przyczyna.

_Kodak200Gold_003 _Kodak200Gold_004 _Kodak200Gold_016

Na drugi ogień wrzuciłem więc najlepsze co miałem w lodówce, Rollei RPX100. Przejechałem się specjalnie na Gdańską Starówkę, nakręciłem filtr UV i rozrobiłem nowy wywoływacz – R09. Jakiż był jęk zawodu jak zobaczyłem efekty. Niemal wszystkie zdjęcia mocno prześwietlone, na tyle że już nie da się ich naprawić. Co mogło być przyczyną? Za dużo zmiennych, wywoływacz, filtr (mało możliwe), bateria, albo „czynnik ludzki”. Gdyby jeszcze cały film był równo prześwietlony, byłoby łatwiej, niestety kilka zdjęć było ok. Szczególnie te robione obiektywem 135mm. Albo poszła automatyka obiektywu Canona, albo coś nie tak nakręciłem – byłem w grubych rękawiczkach. Za to na zdjęciach bardzo dobra ostrość.

_RolleiRPX100_008

_RolleiRPX100_022_RolleiRPX100_025_RolleiRPX100_029

No to wrzuciłem trzeci film. Tym razem znany mi już dobrze, za to najbardziej nieprzewidywalny film na stanie – Svema 64 przeterminowany w 1993 roku, a wywołać go miałem zamiar w stocku ID-11 też po terminie. Zrobiłem kilka fotek z gołym obiektywem ’50mm, potem z filtrem i jeszcze kilka o 2EV mniejszą dziurą niż wynikała ze wskazania światłomierza. I jeszcze kilka z portretówką 135mm. I co? Zdjęcia rewelacyjne, różnica pomiędzy obiektywami, ustawieniami i nawet celowym niedoświetleniem praktycznie niezauważalna. Trochę mniej ostre niż poprzednio z Rollei, ale nie dość, że czasy naświetlania wahały się między 15 a 125, w większości w okolicach 30-60, to jeszcze film i wywoływacz szału nie robią w tej dziedzinie. Do tego klisza po wywołaniu mocno się wygina i plastikowe ramki skanera nie dają rady wyrównać.

Za to plastyka zdjęć mnie zaskoczyła, wyglądają jak robione średnioformatowym Pentaconem Six z Biometarem. Niby lekki brak ostrości, mocny kontrast i mało tonów, do tego ziarno jak to po zużytym wywoływaczu, ale wszystko to razem jest przyjemne dla oka. Przynajmniej mojego. Wygląda na to, że wszystko działa jak należy.

Teraz pozostaje mi wynegocjować przyzwoite warunki zakupu 🙂

_Svema64_016_Svema64_015_Svema64_013_Svema64_017_Svema64_007 _Svema64_005 _Svema64_002

Comments are Disabled