Studyjna bestia

Studyjna Bestia

Mamiya. Marzenie fotografów od czasu jak pojawiła się na rynku, tzn polskich fotografów mieszkających w Polsce. Mówimy o latach ’70-’90, kiedy w naszym kraju schowanym za żelazną kurtyną można było nabyć co najwyżej Kieva 60, dla kogoś kto miał „znajomości” ewentualnie Kieva 88. Różnica między tymi kamerami jest mniej więcej taka, jak pomiędzy Zenitem a Pentaxem… Czyli duża. Jak się udało trafić na dobrze zrobiony model – to dobrze, ale dzisiaj, po latach, wiemy że przynajmniej 1/3 to złom rozpadający się w czasie eksploatacji…

A nawet jeśli już ktoś miał możliwość „załatwienia” sobie nawet Mamiyki, to koszt porównywalny był do samochodu. Albo dwóch. Lata leciały, modele kolejne wychodziły. Ostatnim w pełni analogowym wypustem, był model RB67 Pro SD i taki właśnie trafił do mnie, wraz ze statywem Manfrotto – od mojego przyjaciela Borysa. Piękna, wielka i ciężka. Statyw również. Na szczęście czas upłynął, obecnie można bez problemu Mamiyę kupić. Za pół pensji. Problemem jest tylko trafienie na odpowiedni egzemplarz, ale kto szuka ten znajdzie.

Zdecydowana większość ludzi nie wie co to średni format, nie wspominając już o różnicach w formatach wewnątrz tego formatu… Ta tutaj jest z kasetą 6×7. Idealny format do portretów, a niesamowitym bajerem jest obracanie kasety na aparacie. Po prostu rewelacja, zmieniamy ustawienie bez przekręcania całego systemu. A wychodząc na ulicę z ta cegłą, można narazić się na zdecydowaną ciekawość – co, wbrew pozorom, sprzyja fotografowaniu. Ludzie się uśmiechają, pozują, może sądzą że to kamera? Wielkość się zgadza 🙂 Wszak ten sprzęt jest zdecydowanie dedykowany do studia. I tam czuje się najlepiej.

Kilka dni musiało minąć zanim przyszła okazja do wypróbowania. W końcu jednak, świetna okazja – przyjechała siostra, przyszły też filmy, zrobiliśmy więc profesjonalną sesję. Światła są, obiektyw 127mm/3.5 – idealny do portretów. Żona, siotra – idealnie na pierwszy raz w studiu. Makijaż, ubranko, akcesoria – wypstrykaliśmy dwie rolki filmów, testowo – Foma 100. Zobaczymy co z tego wyjdzie.

Sama obsługa Mamiya to poezja. Dźwięk migawki – muzyka dla uszu. Oczywiście dla tych, którzy odnajdują przyjemność w samym fotografowaniu, a nie tylko waleniu po spuście migawki. Tutaj ta sztuka wzbija się na wyżyny – najpierw wybór czasu/przysłony, potem naciąg migawki wielką wajchą, potem podobną naciąg filmu. Do tego regulacja ostrości miechem za pomocą obustronnej rolki. Bajka! No i spust. Wyjdzie czy nie? Jeszcze mam odruch spojrzenia na tył sprzętu – a tam nic, żadnego ekranu.

1/3 pracy wykonana. Kolejna 1/3 to wywołanie filmu (wyjdzie czy nie wyjdzie, trząść mocno czy słabo, dać minutę więcej czy nie?) i mamy już 2/3 w „robieniu zdjęcia”. Negatyw wisi. A teraz dalej, albo skaner (uważam to za lekką profanację sztuki analogowej), albo powiększalnik. Z braku tego drugiego – przede wszystkim miejsca żeby zorganizować ciemnię, pozostaje mi ta pierwsza opcja. Co prawda skanera jeszcze nie mam, ale robię co mogę. Chwilowo pozostaję przy 2/3.

Pierwsza sesja studyjna analogiem za mną. Filmy właśnie wywoływane, zobaczymy co z tego wyjdzie.

Zdjęcie: Canon 400D; Samyang 8mm

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *